Złomowisko... Dlaczego tu przyszłam? Słońce delikatnie przygrzewało, a ja minęłam stary autobus i stanęłam nad ciałem Rachel. Lekki wiatr muskał moją twarz. Nerwowo przestąpiłam z nogi na nogę. Westchnęłam i przyklęknęłam, w celu odkopania worka. Kiedy skończyłam, wiatr stał się silniejszy i zaczął padać ulewny deszcz, zupełnie jak podczas tornada. Ciężkie krople coraz silniej uderzały o materiał worka, przez co zaczął szeleścić niemiłosiernie. Mimo to ja postanowiłam go otworzyć. Zastanawiałam się, czy zrobić to częściowo, czy w całości.
Wtedy ktoś złapał mnie za ramię.
- Nie rób tego, Max. - Uszy mi zadrżały, kiedy usłyszałam ten głos. Głos, za którym cholernie tęsknię. Odwróciłam głowę, ale nade mną nikogo nie było. Mimo to, nadal czułam ucisk na ramieniu. Oblał mnie zimny pot. To niemożliwe.
Wtedy ktoś złapał mnie za ramię.
- Nie rób tego, Max. - Uszy mi zadrżały, kiedy usłyszałam ten głos. Głos, za którym cholernie tęsknię. Odwróciłam głowę, ale nade mną nikogo nie było. Mimo to, nadal czułam ucisk na ramieniu. Oblał mnie zimny pot. To niemożliwe.
"Wydaje ci się. Nikogo tu nie ma." - pomyślałam na głos, kręcąc głową, po czym zaśmiałam się nerwowo.
Westchnęłam ponownie.
Otworzyłam worek i aż zaniemówiłam. To nie był widok, którego się spodziewałam.
- Nie... - wydusiłam tylko, zakrywając dłońmi usta. Patrzyłam z przerażeniem na osobę, która była w worku. Nie, to nie była Rachel.
Westchnęłam ponownie.
Otworzyłam worek i aż zaniemówiłam. To nie był widok, którego się spodziewałam.
- Nie... - wydusiłam tylko, zakrywając dłońmi usta. Patrzyłam z przerażeniem na osobę, która była w worku. Nie, to nie była Rachel.
To była Chloe.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, zrobić, pomyśleć. Moje serce na moment przestało bić. Miałam kompletną pustkę w głowie. Język jakby splątany, ciało sparaliżowane. Zupełnie jak to leżące przede mną.
Nagle Chloe odwróciła głowę w moją stronę.
Czy ja jestem już w niebie? A może zaraz z autobusu wyskoczy Ashton Kutcher z bukietem kwiatów i krzyknie "Mamy Cię!"? To było zbyt nierealne, aby było prawdziwe. Wtedy ona otworzyła oczy i wbiła we mnie wzrok, który może zabijać.
Właściwie i tak byłam już prawie martwa.
- Dlaczego to zrobiłaś, Max? Dlaczego mnie zabiłaś? Czy ci wszyscy ludzie byli ważniejsi niż ja? Tyle przeszłaś dla mnie po to, by mnie zabić? - mówiąc to, Chloe dalej wpatrywała się we mnie złowrogo. - Powinnam była się tego spodziewać. Przecież skoro przez pięć lat miałaś mnie w dupie, to jeden tydzień nic nie zmieni.
Nagle Chloe odwróciła głowę w moją stronę.
Czy ja jestem już w niebie? A może zaraz z autobusu wyskoczy Ashton Kutcher z bukietem kwiatów i krzyknie "Mamy Cię!"? To było zbyt nierealne, aby było prawdziwe. Wtedy ona otworzyła oczy i wbiła we mnie wzrok, który może zabijać.
Właściwie i tak byłam już prawie martwa.
- Dlaczego to zrobiłaś, Max? Dlaczego mnie zabiłaś? Czy ci wszyscy ludzie byli ważniejsi niż ja? Tyle przeszłaś dla mnie po to, by mnie zabić? - mówiąc to, Chloe dalej wpatrywała się we mnie złowrogo. - Powinnam była się tego spodziewać. Przecież skoro przez pięć lat miałaś mnie w dupie, to jeden tydzień nic nie zmieni.
Nadal nie mogłam nic wykrztusić. Wszystkie kości mi zdrętwiały, bałam się poruszyć nawet o milimetr. Jedynie z oczu pociekły mi łzy. Teraz twarz przyjaciółki posmutniała. Spuściła oczy i też zaczęła płakać.
- Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami... Na dobre i na złe. - pociągnęła nosem.
- Chloe, ja... Nadal jestem twoją przyjaciółką. - Odważyłam się w końcu odezwać, ale w moim gardle było tak sucho, jakbym nic nie piła od tygodni, dlatego raczej to wychrypiałam, szlochając.
- Przyjaciółki nie zabijają się nawzajem, ale co ja się tam znam. - Powiedziała sarkastycznie. - A ty przyszłaś po pięciu latach, chroniąc mnie przed śmiercią, aby mnie zabić, tak? - Te słowa były jak nóż wbity w serce. Ale to niestety była prawda.
- Żegnaj, Max. W końcu taki był twój wybór. - powiedziała i zamknęła oczy. Nagle nad nią pojawiła się... Chloe? Zaczęła głośno szlochać.
To było niesamowicie dziwne słyszeć ją, wołającą "Chloe! Och, Chloe, dlaczego ty?"... Po chwili popatrzyła się na mnie i powiedziała oschle:
- Ostrzegałam.
I zniknęła.
- Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami... Na dobre i na złe. - pociągnęła nosem.
- Chloe, ja... Nadal jestem twoją przyjaciółką. - Odważyłam się w końcu odezwać, ale w moim gardle było tak sucho, jakbym nic nie piła od tygodni, dlatego raczej to wychrypiałam, szlochając.
- Przyjaciółki nie zabijają się nawzajem, ale co ja się tam znam. - Powiedziała sarkastycznie. - A ty przyszłaś po pięciu latach, chroniąc mnie przed śmiercią, aby mnie zabić, tak? - Te słowa były jak nóż wbity w serce. Ale to niestety była prawda.
- Żegnaj, Max. W końcu taki był twój wybór. - powiedziała i zamknęła oczy. Nagle nad nią pojawiła się... Chloe? Zaczęła głośno szlochać.
To było niesamowicie dziwne słyszeć ją, wołającą "Chloe! Och, Chloe, dlaczego ty?"... Po chwili popatrzyła się na mnie i powiedziała oschle:
- Ostrzegałam.
I zniknęła.
Wtedy ja obudziłam się, zlana potem. Zaczęłam głęboko oddychać.
- Przepraszam, Chloe... - znowu po moich policzkach popłynęły łzy.
Spojrzałam na zegarek w komórce. 7:08. Spałam całe dwie godziny.
Wiedziałam, że dzisiaj już nie zasnę. Lekcje dzisiaj zaczynały się dopiero o dziesiątej, więc miałam trochę czasu dla siebie. Postanowiłam pójść się umyć, bo wyglądałam jak zombie. Nagle dostałam SMS od Kate.
No tak! Miałam do niej iść... Kompletnie o tym zapomniałam.
- Przepraszam, Chloe... - znowu po moich policzkach popłynęły łzy.
Spojrzałam na zegarek w komórce. 7:08. Spałam całe dwie godziny.
Wiedziałam, że dzisiaj już nie zasnę. Lekcje dzisiaj zaczynały się dopiero o dziesiątej, więc miałam trochę czasu dla siebie. Postanowiłam pójść się umyć, bo wyglądałam jak zombie. Nagle dostałam SMS od Kate.
No tak! Miałam do niej iść... Kompletnie o tym zapomniałam.
Od: Kate
Cześć, Max. Przepraszam, że zawracam ci głowę tak wcześnie, ale proszę, przyjdź do mnie dzisiaj rano. Muszę ci o czymś powiedzieć.
Cześć, Max. Przepraszam, że zawracam ci głowę tak wcześnie, ale proszę, przyjdź do mnie dzisiaj rano. Muszę ci o czymś powiedzieć.
Do: Kate
Wybacz Kate, miałam przyjść wczoraj, ale... Coś mnie zatrzymało. Dzisiaj przyjdę na pewno, tylko wezmę prysznic.
maxoxo
Wybacz Kate, miałam przyjść wczoraj, ale... Coś mnie zatrzymało. Dzisiaj przyjdę na pewno, tylko wezmę prysznic.
maxoxo
Odłożyłam telefon i zabrałam przybory do kąpieli, po czym wyszłam z pokoju i weszłam do łazienki z prysznicami. Po chwili byłam już odświeżona, ale nadal czułam się okropnie. Głowa zaczęła mnie boleć, ale mimo to ubrałam się i po chwili już stanęłam przed pokojem Kate. Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się na mój widok. Chyba.
- Wejdź, Max - powiedziała i odsunęła się od drzwi, dając mi możliwość wejścia do środka.
Weszłam do pomieszczenia i usiadłam na łóżku.
- Co się stało? Jesteś jakaś zmizerniała... - zaczęłam.
- Ty też. - westchnęła. - Przepraszam, wiem że po stracie kogoś bliskiego każdemu jest smutno... Wybacz.
- Nie, nic się nie stało - zmusiłam się do uśmiechu, chociaż w środku wylewałam morze łez. - Śmierć Chloe... - przerwałam i przełknęłam ślinę - musiała być konieczna. - Spuściłam głowę.
- Tak... - pokiwała głową Kate, a ja podniosłam swoją, patrząc na nią ze zdumieniem. Czy ona coś wie? - Musiała być potrzebna Bogu, skoro zabrał ją do siebie tak szybko.
- Nie... Nie do końca o to mi chodzi - powiedziałam, poprawiając się na łóżku. Ona przysiadła obok i złapała mnie za ramię. Zupełnie jak w moim koszmarze. Aż się wzdrygnęłam, przez co dziewczyna opuściła rękę.
- Ja... Muszę ci o czymś powiedzieć. - powiedziałam cicho.
- Max, co się stało? Opowiedz mi wszystko. - Kate posłała mi ciepły uśmiech.
- Ja zabiłam Chloe. Zabiłam ją 12 października. A ty chciałaś popełnić samobójstwo, ale cię uratowałam.
- Max, o czym ty mówisz... - Dziewczyna przyłożyła mi dłoń do czoła. - Nie masz gorączki...
- Nie jestem chora. - mruknęłam. - Po prostu... Tego dnia, kiedy zmarła Chloe i zabił ją Nathan... Wtedy ja byłam w łazience. Kiedy do niej strzelił, wychyliłam się i wyciągnęłam rękę, jakbym miała zatrzymać tę kulę... I nagle znalazłam się znowu na zajęciach u Jeffersona. Znowu ktoś rzucił w ciebie papierową kulką, Victorii zadzwonił telefon... I tak zaczął się ten porąbany tydzień. Później włączyłam alarm i Nathan nie zabił Chloe. Spotkałyśmy się na parkingu i spędziłyśmy razem cały tydzień. Ty chciałaś skoczyć z dachu internatu, z powodu filmiku z imprezy klubu Vortex. Ale ja zatrzymałam czas i weszłam na dach... I powstrzymałam cię od skoku i trafiłaś do szpitala. Ja i Chloe znalazłyśmy ciało Rachel Amber na złomowisku. Jefferson okazał się psychopatą i to on robił ci chore zdjęcia, mi w sumie też. A na koniec pojawiło się to idiotyczne tornado, przez które musiałam wybierać między Chloe a Arcadią. Wybrałam śmierć najlepszej przyjaciółki na rzecz miasta... I za pomocą zdjęcia cofnęłam się do momentu, od którego wszystko się zaczęło.
Kate była świetną słuchaczką. Co jakiś czas kiwała głową albo otwierała szeroko oczy ze zdumienia. Ale ani razu mi nie przerwała. Dopiero kiedy skończyłam, przytuliła mnie mocno.
- Nie mogę w to uwierzyć. Ja... Miałam myśli samobójcze, ale skoro Jefferson został pojmany, to zrezygnowałam z nich. Właściwie, moja wiara też nie może tego wytłumaczyć. Nie wiem co ja bym zrobiła na twoim miejscu. Jesteś bardzo silna. Podziwiam cię za to. - uśmiechnęła się.
- Zabiłam kogoś. Za co można podziwiać mordercę? - zapytałam cicho.
- Nie jesteś mordercą. Podjęłaś dobry wybór, wybrałaś mniejsze zło. Pewnie zrobiłabym to samo. - pocieszyła mnie.
- Nawet gdybyś miała wybierać między miastem a swoją młodszą siostrą? - zapytałam.
Kate zawahała się przez chwilę.
- Jeśli umierałaby tyle razy, co Chloe, to śmierć musiałaby być jej przeznaczeniem. Nie mogłabym zmieniać przeznaczenia. Ale to i tak byłby niesamowicie trudny wybór. Dlatego tak bardzo cię podziwiam. - powiedziała Kate poważnie, a mnie to nieco podniosło na duchu.
- Dzięki. Miło było w końcu to z siebie wyrzucić. - uśmiechnęłam się lekko.
- Nie ma za co. Pamiętaj, nie możesz dusić w sobie problemów, bo to tylko pogorszy sprawę. - odparła - Jeśli będziesz mnie jeszcze potrzebować, zawsze możesz przyjść.
- Wiem. I... Ty też możesz zawsze się do mnie zgłaszać. A właśnie, co chciałaś mi dzisiaj powiedzieć?
- Nie, już nic takiego. - pokręciła głową. - W porównaniu z twoim problemem, to nic.
- Na pewno? - złapałam jej dłoń.
- Na pewno. - posłała mi nieco smutny uśmiech.
- No cóż... To ja już będę iść. Widzimy się na lekcjach. - wstałam i otworzyłam drzwi.
- Jasne, pa. - odparła, a ja wróciłam do swojego pokoju.
- Wejdź, Max - powiedziała i odsunęła się od drzwi, dając mi możliwość wejścia do środka.
Weszłam do pomieszczenia i usiadłam na łóżku.
- Co się stało? Jesteś jakaś zmizerniała... - zaczęłam.
- Ty też. - westchnęła. - Przepraszam, wiem że po stracie kogoś bliskiego każdemu jest smutno... Wybacz.
- Nie, nic się nie stało - zmusiłam się do uśmiechu, chociaż w środku wylewałam morze łez. - Śmierć Chloe... - przerwałam i przełknęłam ślinę - musiała być konieczna. - Spuściłam głowę.
- Tak... - pokiwała głową Kate, a ja podniosłam swoją, patrząc na nią ze zdumieniem. Czy ona coś wie? - Musiała być potrzebna Bogu, skoro zabrał ją do siebie tak szybko.
- Nie... Nie do końca o to mi chodzi - powiedziałam, poprawiając się na łóżku. Ona przysiadła obok i złapała mnie za ramię. Zupełnie jak w moim koszmarze. Aż się wzdrygnęłam, przez co dziewczyna opuściła rękę.
- Ja... Muszę ci o czymś powiedzieć. - powiedziałam cicho.
- Max, co się stało? Opowiedz mi wszystko. - Kate posłała mi ciepły uśmiech.
- Ja zabiłam Chloe. Zabiłam ją 12 października. A ty chciałaś popełnić samobójstwo, ale cię uratowałam.
- Max, o czym ty mówisz... - Dziewczyna przyłożyła mi dłoń do czoła. - Nie masz gorączki...
- Nie jestem chora. - mruknęłam. - Po prostu... Tego dnia, kiedy zmarła Chloe i zabił ją Nathan... Wtedy ja byłam w łazience. Kiedy do niej strzelił, wychyliłam się i wyciągnęłam rękę, jakbym miała zatrzymać tę kulę... I nagle znalazłam się znowu na zajęciach u Jeffersona. Znowu ktoś rzucił w ciebie papierową kulką, Victorii zadzwonił telefon... I tak zaczął się ten porąbany tydzień. Później włączyłam alarm i Nathan nie zabił Chloe. Spotkałyśmy się na parkingu i spędziłyśmy razem cały tydzień. Ty chciałaś skoczyć z dachu internatu, z powodu filmiku z imprezy klubu Vortex. Ale ja zatrzymałam czas i weszłam na dach... I powstrzymałam cię od skoku i trafiłaś do szpitala. Ja i Chloe znalazłyśmy ciało Rachel Amber na złomowisku. Jefferson okazał się psychopatą i to on robił ci chore zdjęcia, mi w sumie też. A na koniec pojawiło się to idiotyczne tornado, przez które musiałam wybierać między Chloe a Arcadią. Wybrałam śmierć najlepszej przyjaciółki na rzecz miasta... I za pomocą zdjęcia cofnęłam się do momentu, od którego wszystko się zaczęło.
Kate była świetną słuchaczką. Co jakiś czas kiwała głową albo otwierała szeroko oczy ze zdumienia. Ale ani razu mi nie przerwała. Dopiero kiedy skończyłam, przytuliła mnie mocno.
- Nie mogę w to uwierzyć. Ja... Miałam myśli samobójcze, ale skoro Jefferson został pojmany, to zrezygnowałam z nich. Właściwie, moja wiara też nie może tego wytłumaczyć. Nie wiem co ja bym zrobiła na twoim miejscu. Jesteś bardzo silna. Podziwiam cię za to. - uśmiechnęła się.
- Zabiłam kogoś. Za co można podziwiać mordercę? - zapytałam cicho.
- Nie jesteś mordercą. Podjęłaś dobry wybór, wybrałaś mniejsze zło. Pewnie zrobiłabym to samo. - pocieszyła mnie.
- Nawet gdybyś miała wybierać między miastem a swoją młodszą siostrą? - zapytałam.
Kate zawahała się przez chwilę.
- Jeśli umierałaby tyle razy, co Chloe, to śmierć musiałaby być jej przeznaczeniem. Nie mogłabym zmieniać przeznaczenia. Ale to i tak byłby niesamowicie trudny wybór. Dlatego tak bardzo cię podziwiam. - powiedziała Kate poważnie, a mnie to nieco podniosło na duchu.
- Dzięki. Miło było w końcu to z siebie wyrzucić. - uśmiechnęłam się lekko.
- Nie ma za co. Pamiętaj, nie możesz dusić w sobie problemów, bo to tylko pogorszy sprawę. - odparła - Jeśli będziesz mnie jeszcze potrzebować, zawsze możesz przyjść.
- Wiem. I... Ty też możesz zawsze się do mnie zgłaszać. A właśnie, co chciałaś mi dzisiaj powiedzieć?
- Nie, już nic takiego. - pokręciła głową. - W porównaniu z twoim problemem, to nic.
- Na pewno? - złapałam jej dłoń.
- Na pewno. - posłała mi nieco smutny uśmiech.
- No cóż... To ja już będę iść. Widzimy się na lekcjach. - wstałam i otworzyłam drzwi.
- Jasne, pa. - odparła, a ja wróciłam do swojego pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz