niedziela, 5 lutego 2017

Rozdział XIV

Max's POV
Przez kilka ostatnich dni Nathan często do mnie przychodził. Rozmawiał ze mną, nawet mimo moich wyraźnych odmów. Raz był tak nachalny, że prawie rzuciłam w niego krzesłem. Ale nie zrobiłam tego, bo bałam się, że on odda mi dziesięć razy mocniej wszystkimi rzeczami, które mam w pokoju. Nie wiadomo, czego można się spodziewać po takiej osobie jak on, zwłaszcza z jego chorobą. Wczoraj zdarzył mu się nagły atak płaczu, po którym stał się strasznie agresywny. Myślałam, że mnie zabije. Krzyczał, a wręcz wrzeszczał. Rozbił jedną szklankę, którą próbował we mnie rzucić. Jednak po usłyszeniu brzęku tłuczonego szkła, znów zaczął płakać, po czym wyszedł, miałam nadzieję, że po leki. Byłam przerażona, na szczęście nie spotkałam go już więcej tamtego dnia. Za niedługo dostanę traumę przez tego idiotę.
Jednak były momenty, w których mogłam z nim normalnie porozmawiać. Dowiedziałam się o nim więcej, o jego rodzinie, zainteresowaniach. Dowiedziałam się o jego współpracy z Jeffersonem, o śmierci Rachel i o samej Rachel. Chłopak wyznał mi, że był w niej zakochany. Teraz, jak o tym myślę, to praktycznie każdy był w niej zakochany. Nawet Chloe... Nathan opowiadał o swoim nałogu narkotykowym. To mnie akurat nie zdziwiło - pół szkoły, jak nie więcej, bierze narkotyki. Surprise. 
W każdym razie, zrozumiałam, że z niego jest w gruncie rzeczy całkiem miły i fajny chłopak. Nie chciał zabić Chloe, a ja wręcz zaczęłam zauważać w tym morderstwie jej prowokację, jej część winy. Wiedziałam, że Nathan był odpowiedzialny za jej śmierć w większości, i to znacznej większości, ale chyba spadły mi z oczu klapki pod nazwą "Niewinność Chloe". Kochałam ją i kocham nadal, ale wiem, że była wybuchowa. Miała swój charakterek. Czy gdyby zachowała się po dobroci, Nathan nie zabiłby jej? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Potrafiłam o niej nie pamiętać przez pięć lat, teraz też przeżyję bez niej. Nie jest mi potrzebna. Bez niej też potrafię być szczęśliwa.  (Widzicie to okłamywanie siebie? ~dop. aut.)  
Usłyszałam pukanie do drzwi. Kate.
- Cześć, Kate. Coś się stało? - zapytałam.
- Boję się o Alice. Naprawdę, jest z nią coś nie tak. Nie chcę jej stracić... - Do oczu dziewczyny napłynęły łzy, więc ją przytuliłam. Naprawdę jest mi jej żal. Ostatnio w jej życiu nie dzieje się nic dobrego. - Muszę iść do weterynarza. Może poszłabyś ze mną?
Kate pociągnęła nosem, a ja uśmiechnęłam się. Może jeśli wyjdę, to nie spotkam dziś Nathana i niczym we mnie nie rzuci. 
- Pewnie! Możemy iść nawet teraz, jeśli chcesz.
Oczy Kate zabłysnęły z radości. Miała już przygotowany transporterek i wskazała na niego wzrokiem.
- Liczyłam na taką odpowiedź - roześmiała się.
***
W poczekalni nikogo nie było, zatem weszłyśmy do gabinetu od razu. Zaparło mi dech, bo przy biurku swojej matki stał... No właśnie, Nathan. Szukał czegoś zawzięcie, otwierając i zamykając szuflady z wściekłością. Nie sądzę, żeby w ogóle usłyszał, że wchodzimy do pomieszczenia. W końcu odchrząknęłam, aby chłopak nas usłyszał. Odwrócił się, lekko zmieszany.
- Co wy tu robicie? - zapytał.
- Przyszłyśmy do weterynarza, a co innego mogłybyśmy tu robić - przewróciłam oczami, a Kate podniosła lekko transporterek z królikiem do góry, aby potwierdzić moje słowa.
- A, no tak, pewnie. - rzucił - Weterynarza już nie ma, możecie iść...
- Nathan? Z kim ty rozmawiasz? - odezwał się głos z drugiego pokoju. Spojrzałam na chłopaka złowrogo.
- Masz klientów, mamo - westchnął, nie mogąc znieść mojego spojrzenia.
***
Okazało się, że Alice nie dolega nic poważnego. Dostała jeden zastrzyk oraz miała mieć tabletki rozpuszczane w wodzie, którą pije, jeśli nie chce ich jeść. Po tygodniu problemy miałyby się skończyć. Chyba... Nie słuchałam pani Prescott. Byłam zajęta spoglądaniem na Nathana, który ewidentnie czekał, aż my wyjdziemy. 
- Odprowadzę was - powiedział, kiedy wyszliśmy z gabinetu.
- Nie ma takiej potrzeby - odparłam, a Kate nieśmiało kiwnęła głową.
- I tak idziemy w jedną stronę... - stwierdził.
- Możemy iść drugą stroną ulicy - mruknęłam.
- Droczysz się - uśmiechnął się zawadiacko.
Przewróciłam oczami. Nathan to specyficzny człowiek. Raz mnie bawi, raz przeraża, a innym razem wkurza bez końca. Jednak jest w nim to coś, przez co nie mogę się mu oprzeć, odrzucić go. W ciągu kilku dni tego tygodnia przekonałam się do niego. Nawet nie czuję się z tym źle.
- Wiesz co, Max... Ja muszę jeszcze coś załatwić. Mogę cię z nim zostawić? Wybacz. - powiedziała Kate cicho. 
- Pewnie Kate, nie ma sprawy. Tylko napisz mi, jak wrócisz. I nie rób nic głupiego. - powiedziałam stanowczo, rodzicielskim tonem. Ale nie wiadomo, co ona może sobie zrobić. 
- No proszę, zostaliśmy sami - rzucił Nathan.
- Amerykę odkryłeś - zirytowałam się. 
- Max, czemu jesteś dziś taka niemiła? Zrobiłem coś nie tak? - zainteresował się.
- Wczoraj prawie mnie zabiłeś. Nie, wszystko w porządku, pewnie - powiedziałam sarkastycznym tonem.
- Oj Max, nie przesadzaj - chłopak wziął moją dłoń w swoją, kompletnie mnie zaskakując. Przez moje ciało przeszedł przyjemny prąd. Wszystko we mnie krzyczało "Puść go!", ale ja tego nie zrobiłam. Szłam z Nathanem Prescottem, trzymając się za ręce. 
Co jest ze mną nie tak?
Nathan's POV
Złapanie jej za dłoń było niesamowicie ryzykowne. Ale udało się. Ona już mi ufa. Złapałem ją w moje sidła. Znowu będę doceniony! To piękne uczucie. Nie mogę się doczekać, aż przyniosę Mu swoją zdobycz, której on tak bardzo potrzebuje - Max Caulfield.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz