niedziela, 5 lutego 2017

Rozdział XI

Obudził mnie dźwięk budzika. Ugh, nie znoszę tego dźwięku. Zwłaszcza, że miałam wspaniały sen. Chloe żyła, wszyscy byliśmy razem... Nie było żadnej mocy, żadnego tornada. Jefferson był normalnym człowiekiem, Ciemnia nie istniała. Szkoda, że to był tylko sen... Chociaż, podobno sny czasem się spełniają. Jednak nie sądzę, aby akurat ten denny wytwór mego mózgu mógł się kiedykolwiek spełnić. Zwłaszcza, że moja moc już nie działa.
Westchnęłam i podniosłam się do siadu. Trzeba powrócić do tej szarej rzeczywistości. Przeciągnęłam się i ziewnęłam, po czym wstałam z łóżka. Nawet nie chciałam spoglądać do lustra, bo wiedziałam, że wyglądam jak zombie. A zresztą - kto tak nie wygląda z samego rana? 
Spojrzałam na okno. Od samego rana leje deszcz... Świetnie. 
Zabrałam przybory do kąpieli i ruszyłam w kierunku łazienki. Była tam Kate i myła zęby.
- Cześć, Kate - uśmiechnęłam się.
Dziewczyna wypluła pianę z ust.
- Cześć, Max - blondynka  odwzajemniła uśmiech, jednak wydał mi się on sztuczny. Poza tym, miała podkrążone i czerwone oczy.
- Jak się czujesz? - zapytałam z troską, podchodząc bliżej.
- Dobrze. Nie ma powodów do obaw... - powiedziała, siląc się na wesoły ton. Jednak wzrok miała odwrócony; wpatrywała się z uporem w jakiś plakat, tak jakby mówiła do niego, a nie do mnie.
- Na pewno? Widzę, że jesteś nie w sosie. - Położyłam dłoń na jej ramieniu i spróbowałam spojrzeć jej w oczy, ale ona cały czas odwracała głowę.
- Nie... To przez tę pogodę - wyjaśniła szybko i strąciła moją dłoń - Muszę już iść - powiedziała, usiłując powstrzymać płacz, po czym wyszła z łazienki.
Wypuściłam głośno powietrze z ust. Pierwsza próba rozmowy z nią zakończyła się płaczem - klęska. Nie wiedziałam, co robić. Przez jedną głupią blond sukę i jej desperacką chęć bycia "tą fajną", Kate musi cierpieć. Z każdą próbą pocieszenia jej, jest tylko gorzej. Bałam się, że ona sobie coś zrobi.
Pokręciłam głową i weszłam pod prysznic. Ciepłe krople wody na mojej skórze pobudziły mnie do myślenia. Myślałam o wszystkim, o wszystkich... Ale nic sensownego nie przychodziło mi do szkoły. Najbardziej zastanawiało mnie to dziwne zachowanie Nathana w stosunku do mnie. Zaczęło mnie to wręcz przerażać. Może to przez jego chorobę... A zresztą, nie będę się w to mieszać. Powinnam się cieszyć, że Prescott jest miły, a nie odwrotnie.
Ech, trzeba w końcu stąd wyjść. Zakręciłam kurek i ubrałam się, po czym wyszłam z łazienki i skierowałam do swojego pokoju...
Moje niedoczekanie. Drogę zagrodził mi nie kto inny, jak szanowna Victoria Chase.
- No, no, Max Caulfield - uśmiechnęła się. Tylko, że jej uśmiech nie jest miłym uśmiechem. Zawsze był taki... złośliwy. Zresztą, czego ja się mogę spodziewać po Królowie Lodu.
- Tak, to ja. Oczekujesz oklasków? - przewróciłam oczami.
- Widzę, że jesteś dziś w humorze - powiedziała kąśliwie.
- Byłam, dopóki się nie pojawiłaś. - odparłam - Czego chcesz?
- Chcę tylko, żebyś wiedziała, że Nathan jest m ó j - wycedziła.
Zachciało mi się śmiać.
- I co z tego? - zapytałam, powstrzymując się od chichotu.
- To, że jeśli spróbujesz go tylko tknąć, to skończysz gorzej, niż Kate - syknęła, patrząc na mnie złowrogo.
- Co cię tak bawi? - zapytała, widząc mój uśmiech.
- Twoja desperacja. Jeśli Nathan jest t w ó j - odparłam, naśladując jej ton - to z nim pogadaj, zamiast patrzeć, jak inna ci go zabiera sprzed nosa.
- Dla twojej informacji - skrzyżowała ramiona - ja i Nate rozmawiamy codziennie. Oprócz tego tygodnia, w którym był w więzieniu...
- Chyba masz złe informacje. - przerwałam jej, kręcąc głową - Nathana nie było w więzieniu nawet jeden dzień.
- No oczywiście, że tak, w końcu tak powiedziałam - rzuciła, a ja westchnęłam.
- W każdym razie, nie próbuj się do niego zbliżać - warknęła.
- Nawet nie mam zamiaru - mruknęłam.
- I bardzo dobrze - odparła Victoria, po czym przeszła obok mnie, kierując się do wyjścia.
- Suka - szepnęłam do siebie i weszłam do swojego pokoju. Ubrałam się, jak co dzień. Chloe mówiła, że nie mam stylu... Cóż, miała rację. Ale moim stylem jest najwyraźniej brak stylu.
Po ubraniu się poszłam do Kate. Weszłam do jej pokoju bez pukania, ale nie sądzę, aby miała mi to za złe. Siedziała przy biurku z głową opartą na dłoniach i ostatnią rzeczą, o jakiej mogła teraz myśleć, było moje niegrzeczne wejście. Otworzyłam usta, aby wesoło się przywitać, ale Kate odezwała się pierwsza, nawet się nie odwracając.
- Wyjdź, Victoria. Już i tak wystarczająco się pośmiałaś. Ja nic ci nie zro...
- Kate, to tylko ja - przerwałam jej. Victoria musiała tu być. I naśmiewać się, jak to ona.
- Nie mam ochoty na rozmowę - powiedziała głucho.
Podeszłam do niej i przytuliłam mocno.
- Nie ma tu Victorii. Nie ma tu nikogo, kto chciałby cię poniżyć. Kate, ja chcę ci pomóc. Proszę, nie zamykaj się na świat z powodu jednego, głupiego filmiku...
- Jednego, głupiego filmiku? - powtórzyła - Dla ciebie to jest jeden, głupi filmik. Dla mnie to jest coś znacznie gorszego. Ciekawe jak ty byś się czuła, oglądając takie... - urwała, przełykając ślinę - Takie oszczerstwa ze sobą w roli głównej! To okrucieństwo!
Blondynka wyrwała się z mojego uścisku, odeszła od biurka i usiadła na kanapie. Usiadłam obok niej, na co dziewczyna się odsunęła.
- Ja... Tak bardzo wierzę w Boga. Nikogo nigdy nie skrzywdziłam... Nie mogę powiedzieć, że nie kłamię, bo każdy to robi, ale ja prawie zawsze mówię prawdę... A mimo to zostałam tak skrzywdzona... Czy warto nadal wierzyć? - zapytała smutno, patrząc w ziemię. Była tak skołowana, zdołowana, zrozpaczona... Aż żal było na nią patrzeć w tym stanie. Objęłam ją ramieniem.
- Oczywiście, że warto! - powiedziałam z mocą. To w sumie śmieszne, bo ja ani razu nie byłam w kościele... Prowadził ślepy kulawego.
W tym momencie ujrzałam Biblię na jednej z półek. No tak, jej ulubiony cytat!
- Pamiętasz, Kate? "Przyjdźcie do Mnie wszyscy...
Którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię"...
- dokończyła, kiwając głową - Mój ulubiony cytat.
- Widzisz, Kate? Warto wierzyć! Jeszcze ten trud ci się wynagrodzi. Każdy powinien ponieść swój krzyż, czy coś tam...
- Tylko dlaczego mój krzyż jest taki ciężki? - zapytała, patrząc mi w oczy.
Westchnęłam.
- Im ciężej jest teraz, tym potem będzie lżej. Uwierz mi. - powiedziałam, gładząc ją po policzku.
- Może masz rację... - odparła nieśmiało dziewczyna.
- Nie "może", tylko "na pewno" - roześmiałam się.
- Dziękuję, że przyszłaś. Zawsze mogę na ciebie liczyć... - pociągnęła nosem.
- Cieszę się, że ci pomogłam. Jeśli tylko będziesz mnie potrzebować, dzwoń albo pisz. Zawsze przyjdę. A najlepiej, jak napiszesz w środku lekcji. Wtedy na pewno się urwę... I jeszcze będę wdzięczna! - uśmiechnęłam się. Ucieszyło mnie to, że Kate odwzajemniła uśmiech. Nieco słaby, ale zawsze coś.
- To niesamowite, że zawsze poprawiasz mi humor... - pokręciła głową - Cieszę się, że cię mam. Wszyscy inni...
- Lubią cię tak samo. Stella i Allysa też się o ciebie martwią - przerwałam jej szybko, tak aby znowu się nie zasmuciła.
- Naprawdę? To miłe z ich strony. Też przyszły ze mną porozmawiać - przyznała.
- Zawsze masz w nas wsparcie, pamiętaj - uśmiechnęłam się.
- Dzięki, Max - wyprostowała się - Przepraszam, nie chcę cię wyganiać, ale czy mogłabym pobyć na chwilę sama?
- Tak, jasne. - wzruszyłam ramionami i wstałam - Pamiętaj tylko, aby dzwonić w razie potrzeby.
- Pewnie - uśmiechnęła się smutno.
Pożegnałyśmy się i wyszłam z pomieszczenia, po czym skierowałam się do swojego pokoju i opadłam na łóżko.
A za chwilę lekcje...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz