niedziela, 5 lutego 2017

Rozdział IV

10 października 2013
Miałam okropny koszmar. Widziałam w nim Chloe, złą na mnie. Wręcz wściekłą. Usłyszałam z jej ust to wszystko, o co siebie obwiniałam. To było straszne i okrutne. Czym ja sobie na to zasłużyłam? A zresztą, nieważne. Im częściej o tym myślę, tym większy mętlik mam w głowie.
Zamknęłam pamiętnik. Najwyższy czas zapomnieć na chwilę o wszystkim. Postanowiłam przejść się na spacer. Właśnie szukałam swoich słuchawek, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę! - krzyknęłam, pochylając się pod biurkiem.
- Cześć, Max. - usłyszałam Kate i podniosłam się szybko. Podeszłam do niej i ją przytuliłam.
- Kate! Miło cię widzieć. - uśmiechnęłam się i wskazałam na kanapę - Rozgość się.
- Nie... - dziewczyna odwzajemniła słabo uśmiech - Za chwilę muszę wyjść.
- Och. A gdzie się wybierasz?
- Muszę iść z Alice do weterynarza. Ostatnio ma duże problemy z żołądkiem. Chyba nie chcesz, żebym opisywała ci szczegóły - roześmiała się. - Ale pomyślałam sobie, że może poszłabyś ze mną... - powiedziała nieśmiało.
- Pewnie, że z tobą pójdę! - ucieszyłam się. Może w końcu zacznę martwić się kimś innym, niż sobą.
Po dłuższym czasie przepełnionym szczerą rozmową stałyśmy już pod drzwiami gabinetu pani doktor... Prescott. Trochę mnie to zdziwiło, nigdy nie sądziłam, że matka Nathana jest weterynarzem.
- Następny proszę! - usłyszałyśmy. Kate mocniej ścisnęła rączkę transportera, w którym była Alice, i weszłyśmy do pomieszczenia. Ściany tutaj były całkowicie białe i czyste. Na środku pokoju stał stolik, na którym pewnie sadzano zwierzaki.  Pod ścianą znajdowały się szare blaty, na których leżały przeróżne buteleczki, saszetki, pudełka i strzykawki. Nad nimi pochylała się brązowowłosa kobieta średniego wzrostu. Swoje długie włosy uplotła w luźny kucyk. Na sobie miała biały fartuch i jeansy. Przynajmniej tyle widziałam teraz. W końcu kobieta odwróciła się i uśmiechnęła do nas.
- Witam, kogo dziś leczymy? - zapytała wesoło. Wyglądała bardzo sympatycznie. Podobnie jak Nathan, miała niebieskie oczy. Moja przyjaciółka postawiła transporter na stole i otworzyła go. Wyjaśniła problem swojego królika, a pani weterynarz słuchała z uwagą, co jakiś czas potakując. Po chwili uśmiechnęła się ponownie i wyciągnęła jakieś lekarstwo. Podała nam instrukcje, jak i kiedy go podawać. Już miałyśmy wychodzić z gabinetu, kiedy coś mnie tknęło i postanowiłam się zapytać:
- Czy... Jest pani kimś z rodziny Nathana Prescotta?
Kobieta westchnęła.
- Tak, jestem jego matką. - Czyli dobrze myślałam! - Ostatnio chłopak miał niesamowite problemy z narkotykami, zabił człowieka... Został wysłany do więzenia. Chcieliśmy z mężem wykupić za niego kaucję, ale musimy poczekać miesiąc.
"Zabił człowieka". Nie, znowu wracają do mnie wspomnienia... Ech, Max, ogarnij się. Nie możesz przez całe życie użalać się nad sobą i nad śmiercią Chloe.
- Współczuję pani. To naprawdę straszne. - powiedziałam uśmiechając się słabo.
- On... On miał problemy psychiczne. Chodził do psychologa. - mówiła kobieta cicho, prawie płacząc. Przejęłabym się tym bardziej, gdyby nie to, że już to wszystko wiem. - Gdyby dalej uczęszczał na terapię, pewnie byłoby z nim lepiej. Nie mogę uwierzyć, że mój mały synek jest mordercą. To okropne. - Teraz zaczynałam żałować, że w ogóle ją o coś spytałam, bo zaczęła płakać. Na szczęście byłyśmy ostatnimi klientkami.
- Przepraszam, nie chciałam doprowadzać pani do płaczu... - rzuciłam szybko.
- Nie, to nie twoja wina... - urwała kobieta - Przepraszam, nie wiem jak masz na imię.
- Max. - odparłam. - Przepraszam, muszę już iść. Życzę powodzenia z Nathanem. Proszę go ode mnie pozdrowić. - Co ja mówiłam? Dlaczego miałabym w ogóle tego chcieć? Chyba płacz matki Nathana kompletnie mnie zdezorientował. Przyjaciółka już ciągnęła mnie za ramię, więc wyszłyśmy z gabinetu. Kiedy wróciłam do swojego pokoju, nadal nie mogłam uwierzyć w to, co się dzisiaj działo. I niech mi ktoś powie, że moje życie nie jest dziwne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz