niedziela, 5 lutego 2017

Rozdział VI

Max's POV
10 października, 2016
"Jesteś moją bohaterkąMax."
Zapisałam to wielkimi literami, tak jakbym nie wierzyła, że ktoś mógł tak o mnie powiedzieć. Bo przecież nie zrobiłam nic wielkiego. Czy szczera pocieszająca rozmowa to wyczyn na miarę bohatera?
Ja tylko zrobiłam toco każdy mógł uczynićAle po co się wychylaćlepiej siedzieć w swoim kącie i śmiać się... 
Czasem nie rozumiem ludzi.
Po napisaniu ostatniego słowa ktoś zapukał do drzwi. Był to... Warren. Dawno go nie widziałam.
- Hej, Max. Przyszedłem po mojego pendrive'a. - podrapał się po karku.
- Wejdź, Warren. - powiedziałam.
Chłopak wszedł do pomieszczenia i rozejrzał się.
- Na biurku. - rzuciłam lakonicznie.
Warren zabrał swój mały skarb i usiadł na kanapie.
- Więc... Jak tam? - zapytał, patrząc na mnie wyczekująco.  Westchnęłam.
- Trzy dni temu zmarła moja najlepsza przyjaciółka, nie wiem czy pamiętasz. - rzekłam sarkastycznie.
Warren zmieszał się i odchrząknął nerwowo.
- Przepraszam... Wybacz. - rzucił smutno, obracając głowę w moją stronę.
- Nieważne. Zmieńmy temat. - powiedziałam cicho. Łzy napływały mi do oczu, ale z całych sił je powstrzymywałam.
- Dobrze, to... - Brunet poprawił się na kanapie - Dostałaś pewnie link od Victorii, prawda?
- Chyba cała szkoła go dostała. Biedna Kate. - pokręciłam głową - Gdybym nie przyszła jej pocieszyć, może znowu chciałaby rzucić się z dachu. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, co ja właśnie powiedziałam.
- Znowu? Co? - zdziwił się Warren. Cóż, nie dziwię mu się.
- No... - zaczęłam, ale w tym momencie zadzwonił mój telefon.
- Przepraszam. - powiedziałam i podeszłam do szafki, na której leżała moja komórka.
- To... Ja już będę leciał. - Warren wydawał się dość zmieszany i zaskoczony. Kiwnęłam tylko głową. Chłopak opuścił pomieszczenie, a ja spojrzałam na wyświetlacz. Nieznany numer. Postanowiłam nie odbierać.
Trochę głupio potraktowałam Warrena. Zawsze był dla mnie taki miły, pomagał we wszystkim. Myślę, że już czas mu powiedzieć, ale się boję jego reakcji.
Kurczę, już łatwiej byłoby mu powiedzieć "jestem w ciąży". Serio.
Ech, muszę się ogarnąć, bo plotę od rzeczy.
Wybiegłam z pokoju, brunet właśnie wychodził.
- Warren! - krzyknęłam. Chłopak odwrócił głowę i się uśmiechnął.
- Tak? - podszedł do mnie.
- Muszę ci o czymś powiedzieć.
- Okej, mów.
- Ale nie tutaj. Możemy się przejść? - zapytałam, uśmiechając się.
- No, jasne. - Brunet wzruszył ramionami. Po chwili wyszliśmy z budynku i skierowaliśmy się... Sama nie wiem gdzie. Po prostu przed siebie.
- To... O co chodzi? - zaczął chłopak, przerywając, trwającą już dłuższą chwilę, niezręczną ciszę.
- Nie chcę cię owijać w bawełnę, więc powiem ci od razu.
Warren stanął przede mną i złapał mnie za ramię.
- Co się stało? Coś poważnego? Uraziłem cię? Wybacz, jeśli tak... - Jezu, ten chłopak jest taki uroczy. Dlaczego mnie w ogóle do niego nie ciągnie? Tak bardzo się o mnie martwi...
- Nie, nie o to chodzi. - Strąciłam jego dłoń z mojego ramienia.
- To o co?
- Ja... Potrafię cofać czas. - powiedziałam szybko. Nastała niezręczna cisza. Warren stał z otwartymi ustami i patrzył na mnie zaskoczony.
- Żartujesz... - wykrztusił po chwili, która zdała się być wiecznością.
- Niestety nie. - mruknęłam. Chciałam teraz powiedzieć "czy pamiętasz jak...", ale to byłoby bez sensu. On i tak nic nie pamięta.
- Znaczy się, potrafiłam. Teraz już nawet nie chcę tego robić.
- Max, nie żartuj sobie ze mnie. To niemożliwe, abyś...
- Sama bym nie uwierzyła, gdyby nie to, że sama to przeżyłam. - przerwałam mu.
- Proszę cię, skończ z żartami. Jest tu gdzieś ukryta kamera, prawda? - rozejrzał się.
- Warren - wzięłam jego dłonie w swoje, na co chłopak się zarumienił - Musisz mi uwierzyć. Przeżyłam już raz cały ten popieprzony tydzień. Znalazłam Ciemnię Marka Jeffersona razem z Chloe przed policją. Nawet tam byłam... Porwana.
- Max, ty jesteś chora. Bredzisz. - stwierdził brunet, ale nadal nie wypuszczał swoich dłoni. Zirytowałam się i sama go puściłam.
-  Skoro mi nie wierzysz, nie będę ci o tym mówić. - powiedziałam oschle i odbiegłam. Chłopak biegł za mną. Po paru bezsensownych próbach wyprzedzenia mnie, chłopak potknął się i upadł... Przewracając też i mnie.
Kiedy spojrzał na mnie przerażony, nie mogłam się nie roześmiać. Słodko wtedy wygląda, jak przestraszony szczeniaczek. Widząc, że się śmieję, też zaczął się śmiać.
Tym sposobem przez chwilę leżeliśmy na chodniku, śmiejąc się do rozpuku.
To zupełnie normalne.
Nie chcę wiedzieć, co myśleli sobie ludzie przechodzący obok.
W końcu Warren wstał i mnie podniósł.
- Przepraszam... - zakłopotał się.
- Nic nie szkodzi - uśmiechnęłam się. Nie wiem czemu, nie potrafię być na niego zła.
- Wiesz, możesz opowiedzieć więcej... - odchrząknął - O tej swojej mocy.
- Czyli mi wierzysz? - spojrzałam na niego, mrużąc oczy.
- Tego nie powiedziałem.
- Zaraz cię tak przewrócę, że uwierzysz. - zaśmiałam się.
- No to próbuj - uśmiechnął się pewnie brunet.
- Tylko nie miej pretensji, ostrzegam.
Chłopak wzruszył ramionami.
Odsunęłam się lekko, po czym wbiegłam na niego z całą siłą. Stało się to, czego się spodziewałam.
Warren poleciał na wysoki mur obok chodnika. Zaczął pocierać swoje ramię.
- Auu... - wyjąkał - Chyba już wiem, dlaczego masz ksywkę SuperMax.
- Ostrzegałam. - zachichotałam, ale podeszłam i obejrzałam ramię chłopaka. Miał tam tylko dużego siniaka, nic poza tym.
- Chyba jestem zmuszony ci uwierzyć... - powiedział, zakładając koszulkę.
- No ja myślę. - roześmiałam się.
Przez resztę drogi do kampusu prowadziliśmy ożywioną rozmowę na temat mojej mocy. Koniec końców Warren powiedział, że postara się uwierzyć. Na tym zakończyliśmy rozmowę i rozeszliśmy się do swoich pokojów.
Miałam trzy nieodebrane połączenia od nieznanego numeru. Ciekawe kto aż tak chce ze mną rozmawiać. Jeśli zadzwoni następnym razem, postaram się odebrać. Teraz jednak postanowiłam pójść spać.
***
Obudziłam się dość wcześnie jak na mnie. Była niedziela, więc nie włączałam budzika, ale i tak obudziłam się około ósmej.
Zdążyłam tylko wziąć prysznic i wrócić do pokoju, kiedy zadzwonił telefon. Znów nieznany numer. No nic, odbiorę.
"Cześć Max. Tu Nathan..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz