niedziela, 5 lutego 2017

Rozdział VII

- Cześć, Max. Tu Nathan.
Prawie upuściłam telefon z wrażenia. Niemożliwe, przecież on jest w więzieniu. Chyba się nie dobudziłam...
- Że co? - powiedziałam inteligentnie zaspanym tonem.
- Nathan Prescott. - powtórzył lekko zirytowany.
- Max Caulfield. - rzuciłam bez zastanowienia, ziewając.
- To już wiem, idiotko. - syknął, ale zaraz się poprawił - Przepraszam. Ja... Wiem, że trochę wcześnie dzwonię...
- Nie, i tak już nie spałam - przerwałam mu.
- No, właśnie słyszę. - mruknął, a ja zaczerwieniłam się ze wstydu. Jak dobrze, że on tego nie widział.
- Ekhem... Więc po co dzwonisz? - potarłam się lewą stopą o prawą nogę.
- Nie idę do więzienia. - powiedział. Skutecznie mnie to obudziło.
- Naprawdę? - wydusiłam po dłuższej chwili.
- Max, jesteś dzisiaj nienormalna. - roześmiał się, ale od razu dodał - Przepraszam, nie chciałem żeby to tak zabrzmiało.
Zaczynało mi być nieswojo... Czy ja rozmawiałam z TYM Nathanem? Od kiedy on w ogóle kogoś przeprasza? Co się dzieje?
- Ale.. Jak to nie idziesz? Przecież...
- Wiem, jestem mordercą. - przerwał mi.
- Świetnie, że sobie to uświadomiłeś. - mruknęłam.
- Ja... Ech. Chciałbym z tobą porozmawiać.
- A czy my właśnie nie rozmawiamy? - przewróciłam oczami.
- Znaczy... Osobiście. Wiesz, na żywo.
Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Sama nie wiem... - podrapałam się po karku dłonią.
- Ja cię nie zmuszam, nie musisz przychodzić. - rzucił szybko.
Przez chwilę biłam się z myślami. Nie podobało mi się to. Nathan był taki... Dziwnie miły. Zupełnie jak nie on. W końcu odezwał się, zrezygnowany, po krótkim czasie:
- Rozumiem, że odpowiedź brzmi nie. W takim razie cze...
- Nie! Czekaj! - krzyknęłam - Chyba... Chyba mogę iść. - powiedziałam cicho.
- Świetnie! Będę pod akademikiem za dziesięć minut. - odparł uszczęśliwiony. Nawet przez telefon dało się to usłyszeć.
- Super... - rzuciłam i chłopak się rozłączył.
Odłożyłam komórkę i usiadłam na łóżku. Czy ja naprawdę miałam spotkać się z zabójcą mojej najlepszej przyjaciółki twarzą w twarz? Seryjnie?
Oparłam głowę na dłoniach i westchnęłam. Miliony myśli przebiegały mi w głowie. Na żadnej jednak nie potrafiłam się skupić. Wyobraźnia podsyłała mi mnóstwo możliwych scenariuszy rozmowy z Nathanem.
W końcu wstałam z myślą "nie będzie tak źle", ubrałam się i wyszłam przed akademik.
Prescott stał oparty o drzewo i szukał czegoś w swoim telefonie.
Przez chwilę myślałam, czy podejść, czy, niczym "Ninja z Blackwell", dyskretnie uciec, ale chłopak zauważył mnie, bo schował komórkę i zaczął do mnie machać.
Czyli żadnej możliwości ucieczki, a dodatkowo wszyscy obecni na dworze zaczęli się gapić w moją stronę. Niektórzy patrzyli znacząco, inni z niedowierzaniem.
Mam nadzieję, że nie pomyśleli, że ja i Nathan jesteśmy... Parą.
Aż mnie wzdrygnęło na samą myśl o tym.
Udałam, że w ogóle nie obchodzą mnie te zaciekawione spojrzenia i ruszyłam w kierunku chłopaka.
- Max... Ładnie wyglądasz. - uśmiechnął się Prescott. Czy on kiedykolwiek powiedział mi coś równie miłego? Czuję, że coś brał. Zwłaszcza, że wyglądałam tak samo jak zwykle - znoszone jeansy, szara bluza i jakiś T-shirt.
- Taa... Dzięki. - odparłam niepewnie i sama szybko przeskanowałam go wzrokiem. Miał na sobie ciemne spodnie, czarną koszulkę, białą koszulę i pomarańczową bejsbolówkę - ubrany był tak samo, jak w dzień zamordowania Chloe. Zastanawiałam się, czy zrobił to specjalnie.
- Max, ja... - zaczął niepewnie Nathan i odchrząknął - Wiem, jaki byłem wcześniej.
"Co ty nie powiesz, Sherlocku" - pomyślałam, ale powstrzymałam się od powiedzenia tego głośno.
Chłopak chyba czekał, aż coś odpowiem, jednak nie słysząc żadnego odzewu z mojej strony, kontynuował:
- Myślę, że... Więzienie mnie zmieniło. - rzekł poważnie, a ja parsknęłam śmiechem.
- Więzienie? Zdążyli ci chociaż celę przydzielić?
- Bardzo śmieszne. Chodziło mi bardziej o... Możliwość pójścia za kratki. Teraz lepiej?
- Znacznie. - uśmiechnęłam się. To niesamowite, jeszcze wczoraj miałabym ochotę go zabić, a dzisiaj stoję obok niego i się śmieję. Naprawdę jestem nienormalna.
- Rozmawiałam z twoją mamą niedawno. Nie wiedziałam, że jest weterynarzem. - Kopnęłam w szyszkę leżącą na chodniku, przerywając niezręczną ciszę.
- Mama bardzo kocha zwierzęta. W naszym domu zawsze było mnóstwo zwierząt. - Chłopak włożył dłonie w kieszenie spodni - Miałem chyba z cztery psy, dwa koty, a pomiędzy nimi kilkanaście chomików i świnek morskich. Niektóre żyją do dziś.
- Wowser. Ja nigdy nie miałam nawet rybek. - przyznałam smutno, zwieszając głowę.
- Współczuję. Nie umiem sobie nawet wyobrazić życia bez moich kochanych pupilów.
To zasmuciło mnie jeszcze bardziej. Chłopak od razu to zauważył i zreflektował się:
- Wybacz... Ja też nie miałem nigdy rybek, jeśli to cię pocieszy. - uśmiechnął się ciepło i położył dłoń na moim ramieniu. Nie zareagowałam, szłam w ciszy patrząc nadal w ziemię. Prescott odchrząknął.
- Dlaczego byłaś u mojej mamy, jeśli nie masz zwierzaka?
- Poszłam tam z Kate. Coś działo się z jej królikiem. - odparłam.
- Aha. - mruknął chłopak. Przez chwilę szliśmy nic nie mówiąc, aż coś sobie przypomniałam.
- Dlaczego dzwoniłeś z nieznanego numeru?
- Mam... Mam nowy numer. - powiedział nerwowo. Nie spodobało mi się to.
- Coś nie tak? - spytałam, patrząc na niego podejrzliwie.
- Nie... W porządku. Kiedyś ci opowiem. - odpowiedział, ucinając temat. Wzruszyłam tylko ramionami.
Musiałam się tego dowiedzieć. Teraz albo nigdy... Nie wiem, czy będę miała więcej odwagi, aby zadać to pytanie później.
- Co cię skłoniło do zabicia Chloe? - zapytałam łamiącym się głosem.
Prescott stanął przede mną i popatrzył mi w oczy. Poczułam się... Dziwnie. To było okropnie krępujące, ale z drugiej strony... Jego niebieskie oczy hipnotyzowały i podobały mi się.
- Przepraszam, Max. - powiedział, łapiąc mnie za ramiona - Zabiłem kogoś tak ważnego dla ciebie. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Ale muszę ci o czymś powiedzieć.
Stałam jak sparaliżowana i tylko patrzyłam w jego smutne oczy.
Chłopak nagle zawahał się, popatrzył w drugą stronę, ale w końcu znowu odwrócił twarz do mnie.
- Jestem chory. - wyznał. - I nie mówię tu o jakimś dziecinnym kaszelku. Jestem chory psychicznie.
Otworzyłam usta ze zdziwienia.
Nie spodziewałam się tego. Chociaż, przypomniałam sobie jego rysunki, zdjęcia... I leki, jakie musiał brać. To wyjaśniałoby całe jego zachowanie. I ta kartka od doktora w Ciemni... Dodatkowo jego matka o tym wspominała, ale nie pomyślałabym, że usłyszę to kiedykolwiek z jego ust.
- Choruję na schizofrenię. - ciągnął - Wiem, że jestem niebezpieczny. Nawet mój psychiatra to przyznał.
Zaczęłam się bać. Kto wie, co on może mi zrobić? Chciałam się wyrwać, ale Nathan mocno mnie trzymał. Pewnie bał się, że ucieknę.
- Nie bój się mnie. Nie chcę zrobić ci krzywdy. Nie mógłbym.
- A Chloe...? - zapytałam cicho.
- Ona... Ona nie była tobą. - westchnął, po czym mnie puścił.
Nagle przypomniała mi się jego wiadomość, którą nagrał zanim Jefferson go zabił. Zrobiło mi się go żal. Patrzył tak smutno...
Po prostu go przytuliłam. Zaskoczyłam go.
- Wiesz - szepnął - Już dawno nikt mnie nie przytulał. Nie wiedziałem, że to może być tak przyjemne...
Ja też nie. Najchętniej już nigdy nie opuszczałabym jego silnych ramion.
- Dlaczego zadzwoniłeś akurat do mnie? - zapytałam, wtulona w jego ciepłą bluzę.
- Dlaczego? Bo... Lubię cię, Max.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz