- Cześć, Max. Tu Nathan.
Prawie upuściłam telefon z wrażenia. Niemożliwe, przecież on jest w więzieniu. Chyba się nie dobudziłam...
- Że co? - powiedziałam inteligentnie zaspanym tonem.
- Nathan Prescott. - powtórzył lekko zirytowany.
- Max Caulfield. - rzuciłam bez zastanowienia, ziewając.
- To już wiem, idiotko. - syknął, ale zaraz się poprawił - Przepraszam. Ja... Wiem, że trochę wcześnie dzwonię...
- Nie, i tak już nie spałam - przerwałam mu.
- No, właśnie słyszę. - mruknął, a ja zaczerwieniłam się ze wstydu. Jak dobrze, że on tego nie widział.
- Ekhem... Więc po co dzwonisz? - potarłam się lewą stopą o prawą nogę.
- Nie idę do więzienia. - powiedział. Skutecznie mnie to obudziło.
- Naprawdę? - wydusiłam po dłuższej chwili.
- Max, jesteś dzisiaj nienormalna. - roześmiał się, ale od razu dodał - Przepraszam, nie chciałem żeby to tak zabrzmiało.
Zaczynało mi być nieswojo... Czy ja rozmawiałam z TYM Nathanem? Od kiedy on w ogóle kogoś przeprasza? Co się dzieje?
- Ale.. Jak to nie idziesz? Przecież...
- Wiem, jestem mordercą. - przerwał mi.
- Świetnie, że sobie to uświadomiłeś. - mruknęłam.
- Ja... Ech. Chciałbym z tobą porozmawiać.
- A czy my właśnie nie rozmawiamy? - przewróciłam oczami.
- Znaczy... Osobiście. Wiesz, na żywo.
Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Sama nie wiem... - podrapałam się po karku dłonią.
- Ja cię nie zmuszam, nie musisz przychodzić. - rzucił szybko.
Przez chwilę biłam się z myślami. Nie podobało mi się to. Nathan był taki... Dziwnie miły. Zupełnie jak nie on. W końcu odezwał się, zrezygnowany, po krótkim czasie:
- Rozumiem, że odpowiedź brzmi nie. W takim razie cze...
- Nie! Czekaj! - krzyknęłam - Chyba... Chyba mogę iść. - powiedziałam cicho.
- Świetnie! Będę pod akademikiem za dziesięć minut. - odparł uszczęśliwiony. Nawet przez telefon dało się to usłyszeć.
- Super... - rzuciłam i chłopak się rozłączył.
Odłożyłam komórkę i usiadłam na łóżku. Czy ja naprawdę miałam spotkać się z zabójcą mojej najlepszej przyjaciółki twarzą w twarz? Seryjnie?
Oparłam głowę na dłoniach i westchnęłam. Miliony myśli przebiegały mi w głowie. Na żadnej jednak nie potrafiłam się skupić. Wyobraźnia podsyłała mi mnóstwo możliwych scenariuszy rozmowy z Nathanem.
W końcu wstałam z myślą "nie będzie tak źle", ubrałam się i wyszłam przed akademik.
Prescott stał oparty o drzewo i szukał czegoś w swoim telefonie.
Przez chwilę myślałam, czy podejść, czy, niczym "Ninja z Blackwell", dyskretnie uciec, ale chłopak zauważył mnie, bo schował komórkę i zaczął do mnie machać.
Przez chwilę myślałam, czy podejść, czy, niczym "Ninja z Blackwell", dyskretnie uciec, ale chłopak zauważył mnie, bo schował komórkę i zaczął do mnie machać.
Czyli żadnej możliwości ucieczki, a dodatkowo wszyscy obecni na dworze zaczęli się gapić w moją stronę. Niektórzy patrzyli znacząco, inni z niedowierzaniem.
Mam nadzieję, że nie pomyśleli, że ja i Nathan jesteśmy... Parą.
Aż mnie wzdrygnęło na samą myśl o tym.
Mam nadzieję, że nie pomyśleli, że ja i Nathan jesteśmy... Parą.
Aż mnie wzdrygnęło na samą myśl o tym.
Udałam, że w ogóle nie obchodzą mnie te zaciekawione spojrzenia i ruszyłam w kierunku chłopaka.
- Max... Ładnie wyglądasz. - uśmiechnął się Prescott. Czy on kiedykolwiek powiedział mi coś równie miłego? Czuję, że coś brał. Zwłaszcza, że wyglądałam tak samo jak zwykle - znoszone jeansy, szara bluza i jakiś T-shirt.
- Taa... Dzięki. - odparłam niepewnie i sama szybko przeskanowałam go wzrokiem. Miał na sobie ciemne spodnie, czarną koszulkę, białą koszulę i pomarańczową bejsbolówkę - ubrany był tak samo, jak w dzień zamordowania Chloe. Zastanawiałam się, czy zrobił to specjalnie.
- Max, ja... - zaczął niepewnie Nathan i odchrząknął - Wiem, jaki byłem wcześniej.
"Co ty nie powiesz, Sherlocku" - pomyślałam, ale powstrzymałam się od powiedzenia tego głośno.
Chłopak chyba czekał, aż coś odpowiem, jednak nie słysząc żadnego odzewu z mojej strony, kontynuował:
Chłopak chyba czekał, aż coś odpowiem, jednak nie słysząc żadnego odzewu z mojej strony, kontynuował:
- Myślę, że... Więzienie mnie zmieniło. - rzekł poważnie, a ja parsknęłam śmiechem.
- Więzienie? Zdążyli ci chociaż celę przydzielić?
- Bardzo śmieszne. Chodziło mi bardziej o... Możliwość pójścia za kratki. Teraz lepiej?
- Znacznie. - uśmiechnęłam się. To niesamowite, jeszcze wczoraj miałabym ochotę go zabić, a dzisiaj stoję obok niego i się śmieję. Naprawdę jestem nienormalna.
- Rozmawiałam z twoją mamą niedawno. Nie wiedziałam, że jest weterynarzem. - Kopnęłam w szyszkę leżącą na chodniku, przerywając niezręczną ciszę.
- Mama bardzo kocha zwierzęta. W naszym domu zawsze było mnóstwo zwierząt. - Chłopak włożył dłonie w kieszenie spodni - Miałem chyba z cztery psy, dwa koty, a pomiędzy nimi kilkanaście chomików i świnek morskich. Niektóre żyją do dziś.
- Wowser. Ja nigdy nie miałam nawet rybek. - przyznałam smutno, zwieszając głowę.
- Współczuję. Nie umiem sobie nawet wyobrazić życia bez moich kochanych pupilów.
To zasmuciło mnie jeszcze bardziej. Chłopak od razu to zauważył i zreflektował się:
- Wybacz... Ja też nie miałem nigdy rybek, jeśli to cię pocieszy. - uśmiechnął się ciepło i położył dłoń na moim ramieniu. Nie zareagowałam, szłam w ciszy patrząc nadal w ziemię. Prescott odchrząknął.
- Dlaczego byłaś u mojej mamy, jeśli nie masz zwierzaka?
- Poszłam tam z Kate. Coś działo się z jej królikiem. - odparłam.
- Aha. - mruknął chłopak. Przez chwilę szliśmy nic nie mówiąc, aż coś sobie przypomniałam.
- Dlaczego dzwoniłeś z nieznanego numeru?
- Mam... Mam nowy numer. - powiedział nerwowo. Nie spodobało mi się to.
- Coś nie tak? - spytałam, patrząc na niego podejrzliwie.
- Nie... W porządku. Kiedyś ci opowiem. - odpowiedział, ucinając temat. Wzruszyłam tylko ramionami.
Musiałam się tego dowiedzieć. Teraz albo nigdy... Nie wiem, czy będę miała więcej odwagi, aby zadać to pytanie później.
- Co cię skłoniło do zabicia Chloe? - zapytałam łamiącym się głosem.
Prescott stanął przede mną i popatrzył mi w oczy. Poczułam się... Dziwnie. To było okropnie krępujące, ale z drugiej strony... Jego niebieskie oczy hipnotyzowały i podobały mi się.
- Przepraszam, Max. - powiedział, łapiąc mnie za ramiona - Zabiłem kogoś tak ważnego dla ciebie. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Ale muszę ci o czymś powiedzieć.
Stałam jak sparaliżowana i tylko patrzyłam w jego smutne oczy.
Chłopak nagle zawahał się, popatrzył w drugą stronę, ale w końcu znowu odwrócił twarz do mnie.
Chłopak nagle zawahał się, popatrzył w drugą stronę, ale w końcu znowu odwrócił twarz do mnie.
- Jestem chory. - wyznał. - I nie mówię tu o jakimś dziecinnym kaszelku. Jestem chory psychicznie.
Otworzyłam usta ze zdziwienia.
Nie spodziewałam się tego. Chociaż, przypomniałam sobie jego rysunki, zdjęcia... I leki, jakie musiał brać. To wyjaśniałoby całe jego zachowanie. I ta kartka od doktora w Ciemni... Dodatkowo jego matka o tym wspominała, ale nie pomyślałabym, że usłyszę to kiedykolwiek z jego ust.
Nie spodziewałam się tego. Chociaż, przypomniałam sobie jego rysunki, zdjęcia... I leki, jakie musiał brać. To wyjaśniałoby całe jego zachowanie. I ta kartka od doktora w Ciemni... Dodatkowo jego matka o tym wspominała, ale nie pomyślałabym, że usłyszę to kiedykolwiek z jego ust.
- Choruję na schizofrenię. - ciągnął - Wiem, że jestem niebezpieczny. Nawet mój psychiatra to przyznał.
Zaczęłam się bać. Kto wie, co on może mi zrobić? Chciałam się wyrwać, ale Nathan mocno mnie trzymał. Pewnie bał się, że ucieknę.
- Nie bój się mnie. Nie chcę zrobić ci krzywdy. Nie mógłbym.
- A Chloe...? - zapytałam cicho.
- Ona... Ona nie była tobą. - westchnął, po czym mnie puścił.
Nagle przypomniała mi się jego wiadomość, którą nagrał zanim Jefferson go zabił. Zrobiło mi się go żal. Patrzył tak smutno...
Po prostu go przytuliłam. Zaskoczyłam go.
Nagle przypomniała mi się jego wiadomość, którą nagrał zanim Jefferson go zabił. Zrobiło mi się go żal. Patrzył tak smutno...
Po prostu go przytuliłam. Zaskoczyłam go.
- Wiesz - szepnął - Już dawno nikt mnie nie przytulał. Nie wiedziałem, że to może być tak przyjemne...
Ja też nie. Najchętniej już nigdy nie opuszczałabym jego silnych ramion.
- Dlaczego zadzwoniłeś akurat do mnie? - zapytałam, wtulona w jego ciepłą bluzę.
- Dlaczego? Bo... Lubię cię, Max.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz